wtorek, 23 maja 2017

Witajcie. Dotarliśmy do końca konkursu. Poniżej zobaczycie po 4 zdjęcia każdej z powstałych prac. Zgodnie z kolejnością nadane są numerki na które będziecie głosować. Kolejność jest zupełnie przypadkowa, nie pomylcie się przy głosowaniu.

Głosowanie trwa do soboty 27.05.2017 do godz. 23:59.


1.Krzysztof “Mrówa” Mrówczyński

Rok 2989 Trzeciej Ery.

Od czasu ponownego przejęcia Ereboru przez wojska Daina II Żelaznej Stopy drużyna niegdyś prowadzona przez niedawno zmarłego Thorina Dębową Tarczę zadomowiła się w podziemnej fortecy. Balin jednak wraz z innymi krasnoludami zachęceni wielkim zwycięstwem zapragnęli odbić Morię i znajdujące się w niej bogactwa. Nie chcieli osiadać w Ereborze, pomimo dostatków czuli wciąż iż żyją w nim jakoby "w zaścianku, podczas gdy na szerokim świecie jest więcej bogactw i zaszczytów do osiągnięcia".

Z pewnością najbardziej pożądanym skarbem nie były złoża mithrilu, najdoskonalszego kruszca znanego w całym Śródziemiu lecz pierścień. Klejnot ten, niezwykły, był jednym z siedmiu Wielkich Pierścieni wykutych przez elfickiego mistrza sztuki kowalstwa Celembrimbora z Gwaith-i-Mirdain. Prócz pierścienia na krasnoludów czekać miał legendarny rynsztunek Durina - zbroja i topór.

Balin za namową przyjaciół i innych krasnoludów żądnych wydarcia odebranych tylko im należynych bogactw pomimo niechęci Daina wyruszył prędko do Khazad-Dum, niegdysiejszej stolicy i najwspanialszego grodu Krasnoludów.

Drużyna Balina składała się z najznamienitszych i najbardziej zaufanych krasnoludów. Znaleźli się w niej także Ori i Oin, ci którzy przedtem tak jak Balin należeli do drużyny Thorina Dębowej Tarczy.

Gdy po wielu dniach podróży dotarli do Doliny Azanulbizar starli się z orkami przy Wielkiej Bramie. Największego i najbardziej zajadłego zabił Flói, który okupił zwycięstwo  swoim życiem. Po zwycięskiej bitwie drużyna Balina wkroczyła do Khazad Dum by go powtórnie skolonizować. Od tej pory Ori, znany ze sztuki pięknego pisania i znajomości języka Elfów począł spisywać dzieje Koloni Balina w Księdze Mazarbul. Z odwagą i nadzieją w sercu rozpoczęli eksploracje kamiennego pałacu. Pierwszy raz od 1000 lat próg Wielkiej Bramy przekroczyła stopa krasnoluda. Nie wiedzieli jednak  co ich czeka...

* * *
Froin, Kapitan Gwardii

Przysadzisty krasnolud o jasnej, długiej brodzie gdy usłyszał o planach Balina nie zwlekał wcale. Biorąc ze sobą braci Drora i Grora, synów Farina, weteranów wielu bitew, przystał bez zawahania na plan kolonizacji Khazad Dumi.

"Ja Froin, syn Frai'a Krzepkiego, jeden z kapitanów Gwardii wraz z moimi ludźmi ofiarujemy Ci, Balinie, synu sławnego Fundina, nasze topory. Chcemy odbić Khazad Dum, tak jak odbiliście niegdyś Erebor!" - to rzekłszy skłonił się i czekał, aż Balin przemówi w odpowiedzi. Ten uśmiechnął się lekko. Oczywiście zgodził się.

Słyszał bowiem o Froinie, synu Frai'a nazywanego Krzepkim ze względu na niesamowitą siłę ramion i umiejętność walki toporem. Zginał niestety podczas ataku Smauga na Erebor w 2770 roku TE, osieracając syna, który jeszcze jako młodzian zmuszony został do ucieczki. Po ponownym podbiciu Ereboru przez Daina II powrócił do grodu pod Samotną Górą wzbogacony o umiejętności jakimi nie powstydził by się żaden sprawny wojownik.

Froin szybko wybił się w szeregach krasnoludzkich wojów trafiając do elitarnej Gwardii. W wieku 185 lat został kapitanem. Prowadził on mały oddział, który specjalizował się w walce w tunelach, co było niezwykle przydatne biorąc pod uwagę warunki wyprawy. I zaiste wielokrotnie okazali swoją przydatność w walce będąc zawsze w pobliżu Balina. Niezmordowani topornicy doskonale sprawdzali się jako jego osobista ochrona.

Roin, Żelazny Strażnik

Jeden ze zwinniejszych członków kompanii. W zręczności i refleksie ustępował jedynie Lain'owi - drużynowemu zwiadowcy. Nosił zdobiony hełm z maską, z pod której wystawała jedynie ruda, gęsta broda. Ciało osłaniała lekka przeszywanica i założona nań kolczuga sięgająca aż do kostek krasnoluda, na którą zawieszał niebieską tunikę - symbol Żelaznych Strażników z Ereboru. W rynsztynku tym wyglądał niczym niewzruszony posąg.

Roin był małomówny, spokojny i niesamowicie skupiony. Pomimo charakteru o łagodnym usposobieniu walczył bardzo zawzięcie. Ze względu na swoje umiejętności zawsze szedł w pierwszym szeregu na wroga. Dzierżył na raz dwie bronie - krótki miecz i topór. Pozwalało to mu na bardzo szybkie uderzenia. Taka kaskada ciosów raziła przeciwnika nie pozwalając mu na osłonę, co było niezwykle skuteczne gdy trzeba było przebić się przez zastępy wrogów, których w splugawionym Khazad Dum nie brakowało.

Dowiedziawszy się o możliwości pomszczenia przodków i zobaczenia Khazad Dum, grodu opiewanego w najpiękniejszych krasnoludzkich pieśniach rudy krasnolud dołączył do Balina.

Bracia Dror i Gror, Krasnoludzcy Gwardziści

Krasnoludzka Gwardia znana była z najtwardszych i najlepiej przeszkolonych wojowników wśród Ludu Durina, czy inaczej zwanych Długobrodych, prawdopodobnie największego z siedmiu plemion krasnoludzkich.

Zbroje, które nosili były ciężkie, jednakże dawały pełen zakres ruchów wojownikowi. Kolczuga mimo, że stosunkowo krótka doskonale chroniła przed cięciami. Dodatkową ochronę zapewniały pancerze łuskowe i lamelkowe. Głowy chroniły im hełmy okularowe z pełną osłoną twarzy. Całość bogata w zdobienia mosiężne nadające im bardziej szlachetny wizerunek.

Do walki dzierżyli dwuręczne topory,  broń, z którą nie mógł się równać żaden inny oręż w całym Śródziemiu. Opancerzeni od stóp do głów stanowili straż przyboczną królów i przedstawicieli wielkich rodów.

Dror i Gror to przedstawiciele tej elitarnej jednostki. Zrodzeni ze związku Dis i Farina. Co zabawne mówi się, że krzepę odziedziczyli po matce, bowiem ojciec niechętny do walki całe życie spędził na rzemioślę idąc w ślady ojca jubilera. Zresztą jak na krasnoluda Farin był miernej postury, zaś synowie jego tętnili witalnością i krzepą.

W końcu czarnobrody Dror i brązowobrody Gror zaciągneli się do wojska krasnoludzkiego w siedzibie w Ered Luin.  

Po wielkiej bitwie o Erebor zeszli z gór Błękitnych by powrócić do domu swoich rodziców. Biorąc udział w wielu zbrojnych wyprawach mających na celu wyplenienie wrogich sił z bliższych i dalszych okolic grodu wykazali się umiejętnościami i od tej pory przywdziewają rynsztunek Krasnoludzkiej Gwardii.

Pod dowództwem Froin'a, syna Frai'a, ruszają na wyprawę do Khazad Dum.

Nain, Sztandarowy

Nic niedodaje morali w bitwie bardziej jak łopot drużynowej stanicy powiewającej na znak zdobycia wrogiej warowni.

Nain, stary i zasłużony, był świadkiem wielu bitew, co widoczne po wielu bliznach zdobiących jego niemłode już ciało. Jako weteran w bój nosi krasnoludzką, niebiesko-zieloną chorągiew.

Sztandar, który dany był mu nosić w bitwach przedstawiał sylwetkę czarnego, ereborskiego, legendarnego kruka. Ereborskie Kruki były królewskimi posłańcami, które nosiły sekretne wieści chociażby do Throra, Króla pod Górą. W zamian otrzymywały błyskotki, które zanosiły do gniazd w okolicy Dale i Kruczego Wzgórza. Sojusz z Krukami z Ereboru trwał stulecia, jeśli nie więcej.

Podobnie jak wśród innych stworzeń uznających hierarchię na ich czelę stał wódz. W roku 2491, czyli w momencie gdy Kompania Thorina odbiła Samotną Górę władcą kruków był Roac, syn Carc'a. Ślepnący, powoli zatracający umiejętność latania i o łysej głowie, stary, lecz wielki przedstawiciel swego dumnego rodu.


Lain, Zwiadowca

Mało kto by skojarzył istotę przemykającą między drzewami jak cień z niskim i krępym krasnalem. Mimo, że lekkością kroku nie dorównałby żadnemu z elfów,  łowca Lain bardzo dobrze sprawdza się jako zwiadowca.

Do tej pory, działając w małym oddziale łuczników i toporników patrolował lasy i bezdroża w pobliżu grodu. W razie zauważenia jakiegokolwiek niebezpieczeństwa informacja docierała do grodu długo przed pojawieniem się wojsk wroga. Mało kto zatem był w stanie zaskoczyć obrońców, którzy mieli mnóstwo czasu na przygotowanie się do bitwy, a nawet na zastawienie zasadzki przechylając o wiele szalę zwycięstwa na swoją stronę.

Lain wśród innych łowców wyróżniał się wielką wprawą w rzucaniu wyważonymi toporkami. Tego typu broń o wiele lepiej od łuków sprawdzała się w pomieszczeniach, szczególnie małych. Prócz tego, jasnobrody krasnolud posiadał bardzo czuły słuch więc potrafił wskazać, z której strony nadchodził wróg bez względu na którym poziomie podziemii znajdowała się kompania. Zwiadowca radził Balinowi, w którą stronę powinni się uda. Rady te wielokrotnie uratowały kompanie od zasadzki zastawionej przez gobliny w ciemnościach Khazad Dum.

Opis komnaty

       (...)"Cisza" rzekł zwiadowca przytykając lewe ucho do wielkich, dębowych okutych drzwi. "Wygląda na to, ze sala przed nami nie jest duża. Nie słychać nic prócz kapania, pewnie z sufitu". Dalej skulony nasłuchiwał jeszcze chwilę. Dror I Gror nerwowo zaciskali palce na styliskach swoich toporów umalowanych czarna posoka moryjskich orków. W poprzedniej sali drużyna stoczyła bitwę bowiem wpadli w zasadzkę orków. Od tego momentu zadecydowali by Lain sprawdzał każde następne pomieszczenia zanim je otworzą. Miał świetny słuch I zmysł przestrzenny, a to mogło uratować albo chociaż przygotować do obrony przed niespodziewana zasadzka. Orki lubują się w atakach z zaskoczenia dlatego tez ostrożność cenniejsza jest niźli pospiech i brawura w splugawionych przez nich komnatach podziemnego pałacu.
       "Czysto" rzekł po czym niezwłocznie bracia topornicy otworzyli wrota. Zaskrzypiały doniośle i jakby dumnie niosąc się echem w podziemiu. Drużyna ruszyła do przodu. W pierwszej kolejności weszli wojownicy. Na końcu ja I Oin. Nie potrzebowali pochodni (krasnoludy naturalnie posiadały zdolność ostrego widzenia nawet w najciemniejszych ciemnościach ).
Ich oczom ukazała się - faktycznie nieduża - sala o powierzchni kwadratu. Na środku znajdowały się wysokie kamienne schody, a przed nimi dwie, szerokie I niskie kolumny. Posadzka wyłożona była foremnymi kafelkami, zarówno na gorze jak I na dole. Wyżej znajdowały się drzwi, czy raczej wrota, pilnowane przez dwa wysokie posagi krasnoludzkich strażników w opancerzeniu znanym z Drugiej Ery. Sala więc, a może tylko same posagi wykonane były dość niedawno biorąc pod uwagę wiek Khazad Dum. Gdzieniegdzie widać było ślady pozostawione przez wiecznie ostry ząb czasu: spękania kafelków, ubytki w posągach i kolumnach. Jeden z kamiennych wojów pozbawiony był głowy. Co ciekawe nigdzie nie widać było zguby, jakby po upadku rozbiła się w proch.
Balin wraz ze swoimi przybocznymi powoli wspiął się po schodach w stronę drzwi. "Coś tu jest nie tak..." zaniepokoił się Lain. Jego słowa momentalnie wywołały we mnie lęk. Inni również nerwowo rozglądali się dookoła szukając zagrożenia. Ale ono nie nadchodziło. Minęło parę dłuższych chwil. Balin zarządził odpoczynek. Lain zatrwożony złym przeczuciem zerkał cały czas w stronę drzwi przez które przeszliśmy do komnaty w której obecnie się znajdujemy. Kompania rozeszła się po sali, jednakże zachowała nadany wcześniej porządek: Dror i Gror stali bezpośrednio przy Balinie na gorze, sztandar znajdował się obok a po przeciwnej stronie przy posagu spocząłem ja. Najciężej opancerzeni znajdowali się przy drzwiach na dole, w tym kapitan Froin. Lain stal tuz obok nich wytężając wzrok w stronę uchylonego przejścia. W miedzy czasie gdy kończyłem jako ostatni posiłek przyglądałem się posągowi bez głowy.
          Opancerzony w pancerz lamelkowy w lewej ręce dzierżył topór z odłamanym styliskiem a w prawej masywną włócznie. Jego ciało przykrywała niegdyś tablica - teraz złamana i krzywo opadająca na prawo. Zapisana była runami. Nie potrafiłem odczytać wszystkiego bowiem napis był mocno przetarty: "Chwała Durinowi! Największemu spośród khazad... Poczyniłem to ja, Funrin, syn... ku chwale Długowiecznego". Jakież to smutne, pomyślałem. Niegdyś potężny, dumny gród teraz splugawiony ciemnością, rozpadający się i opustoszały...
          Nagle Lain krzyknął mącąc względny spokój do którego zaczęliśmy się przyzwyczajać. "Nadchodzą! Przyszli za nami! Do broni!" Zerwałem się na równe nogi. Oin chwycił swój kostur i bez chwili zwłoki ruszył w stronę drzwi. Wyciągnąłem procę i przygotowałem się do strzału. Po paru sekundach usłyszeliśmy skrzekliwe glosy przeradzające się w przeraźliwy krzyk dziesiątek gardeł. "Chronić Balina!" Nawoływał Froin starając się przebić głosem przez nieznośny hałas. Wojownicy skoczyli w stronę drzwi (...)
- Ori
Ponure Młoty (Loni i Frar)

Pancerze z ciemnej, dziwerowanej stali złożone z misternie łączonych płyt i łusek. Hełmy stalowe całkowicie zasłaniające twarz walczącego. Ciężkie, okute buty i rękawice.
Ciemnobrązowe tuniki wypychane końskim włosiem dla lepszej absorpcji uderzeń. W dłoniach trzymane dwuręczne młoty z nadziakami, za paskiem zaś poręczne brodate toporki. W takim rynsztunku do boju ruszają Ponure Młoty. Oddział ten idzie jako pierwszy w bój. To swoista forpoczta Ereboru, silni, niewzruszeni wojownicy niebojący się śmierci.
Widok tych wojów w bitwie napawa zarówno dumą i szacunkiem, ale również trwogą. Idą na wrogą, nawet jeśli ten ma przewagę. Bez względu, nawet na pewny wynik, szeregi maszerują przed siebie prosto na kolumny przeciwnika, a gdy już się do niego zbliżą atakują szybko i bezwzględnie. Niema mowy o odwrocie. Zawsze walczą do końca nawet gdy wynik już jest przesądzony. Ich zadaniem jest rozbić przeciwnika, jeśli się to nie uda to z honorem polec w bitwie by móc ucztować w wielkich halach z przodkami.

Oin

Choć stary i przygłuchy brat Gloina czuł, że zdolny jest dokonać za życia czegoś jeszcze. Co prawda mało kto mógłby pochwalić się uczestnictwem i wielką rolą w misji Thorina, ale Oin czuł, że prawdziwa chwała czeka na niego w podziemiach Khazad Dum. Nawet gdyby poległ zakończył by swoje życie godnie i chwalebnie.
W drużynie Balina pełni funkcje medyka, chociaż w walce mało kto mu dorównuje. Zajmuje się opatrywaniem ran i podawaniem uwarzonych naparów na przeróżne dolegliwości. Podczas walki używa długiego, wysłużonego kostura zakończonego dwoma głowicami rozbijającymi czerepy wrogów.

Ori

Jeden z niewielu krasnoludów, który stara się unikać bezpośredniej walki. Wyjątkowo  uzdolniony jeśli chodzi o umiejętność pięknego pisania. Fascynowało go pismo elfów i często go używał. Balin zadecydował, że wesprze kompanię jako jej swoisty kronikarz. Od tej pory na grubym i szerokim skórzanym pasie nosi zawieszoną księgę. Opasłe tomiszcze pięknie okute i odziane w wyprawioną, gładką kozią skórę w kolorze wiśni zapisywane było skrupulatnie i starannie. Szczególnie jeśli coś przykuło wzrok skryby lub zdarzyło się coś niespodziewanego. Takich wydarzeń było wiele toteż księga zapełniała się nadspodziewanie szybko. Ori oczywiście nie puszczał wodzy fantazji jak to artyści mieli przeważnie w zwyczaju. Dla niego najważniejsze było wierne oddanie faktów choć niekiedy pozwalał sobie na poetyckie epitety i niezwięzłe opisy.

Fimli Tarczownik

Uzbrojony w topór i tarczę jest mistrzem walki defensywnej. Potrafi przytrzymać najgroźniejszego przeciwnika, podczas gdy reszta wojowników rozprawia się z jego towarzyszami. Jego imię znane jest wśród krasnoludzkich wojów dzięki umiejętności władania tarczą. Posługuje się nią na tyle finezyjnie i sprawnie, że wydaje się jakoby żyła swoim życiem i sama przewidywała każdy następny cios przeciwnika i ustawiała się by go sparować ułamki chwil tuż przed uderzeniem.
Siwy krasnolud w  walcę dzierży okrągłą tarcze swego ojca Flóina, która jeśli wierzyć karczemnym opowieściom potrafiła zatrzymać smocze zionięcie. Wykonana była ze stopu mitrilu i meteorytowej skały pamiętającej czasy drugiej, a może nawet pierwszej Ery. Wyjątkowo wytrzymała i lekka stawała się niezrównaną w walcę z orkami bronią.

Nali

Już od wczesnej młodości Nali przejawiał wielki talent. Potrafił wytwarzać mnóstwo pięknych przedmiotów. Nie zajmował się tylko jubilerstwem jak większość krasnoludów jego rodu, ale również rzeźbiarstwem. W wieku zaledwie 40 lat wyrzeźbił popiersie będące jego autoportretem. To osiągnięcie i znajomości wśród wielu artystycznych rodów jego ojca pozwoliły mu zostać czeladnikiem u Starego Furina. Rzeźbiarza wychwalanego nawet przez same elfy, rasę wykazującą największą niechęć do ludu gór. Przez lata kształcił się w tej sztuce osiągając niemalże poziom swojego mistrza.
Niestety Stary Furin zmarł pewnego poranka dożywając w ten sposób pokaźnych 325 lat.  Nali wielokrotnie słyszał od swojego mistrza opowieści o doskonałych rzeźbach, arcydziełach zdobiących niemalże każdą komnatę Khazad Dum. Opowieści te przekazywane były z pokolenia na pokolenie rodu Starego Furina. Khazad Dum stało się dla Naliego  symbolem niedoścignionej doskonałości i szczytem kunsztu sztuki.
Gdy Dowiedział się o wyprawie jaka się szykuje z Ereboru kupił zbroje od najlepszego płatnerza, włócznie i skórznie. Nie miał zbyt dużego doświadczenia w walce jednakże z bronią drzewcową radził sobie nie najgorzej dzięki czemu jego włócznia niejednokrotnie pozbawiła życia przebiegłych orków.

Balin

Syn Fundina, pomysłodawca i przywódca drużyny określanej mianem Kolonii Balina. Liczący 256 lat potomek znanego i szanowanego Rodu krasnolud o bujnej, siwej brodzie z misternie plecionymi warkoczami wiązanymi zielonymi jedwabnymi wstęgami i ozdobnymi metalowymi tulejami. Ubrany w piękne, białe wyszywane srebrem szaty, zbroje z mitrilowych łusek i kaftan z wieloma okuciami od pasa w dół. Obuty był w sabatony ze stali dziwerowanej najwyższej jakości. Pod brodą nosił pas wysadzany klejnotami o masywnej, kwadratowej złotej klamrze. Do pasa nosił przytroczone dwa krótkie toporki. Do walki ruszał z Ereborskim mieczem, lecz gdy w jednej z komnat odnalazł Topór Durina dumnie dzierżył go w każdej następnej walce niosąc spustoszenie w szeregach przeciwników.
Co zostało przewidziane przez Daina, od początku niechętnemu przedsięwzięciu, Balin wkrótce od wejścia przez próg bram Morii dokonuje swojego żywota w sali Mazarbul.

20170516_parada-017.jpg20170516_parada-018.jpg20170516_parada-019.jpg20170516_parada-020.jpg



2. Paweł “Berdysz” Dąbrowski

SKARB

Nie padało już od dawna. W nocy było jeszcze bardzo zimno, alo we dnie mocne słońce stopiło już prawie śnieg dokoła wieży.
W sumie to i dobrze. Ludzie z drewnianych domów chętniej handlowali, jak było ciepło i dni były dłuższe. Gnag nie bardzo rozumiał dlaczego, ale sprawiało mu przyjemność przebywanie w towarzystwie ludzi z osady. Jak przez mgłę pamiętał, że kiedyś nie był sam. Pamiętał śmiech, polowania i dużo piwa... ale nie był teraz pewien czy to wydarzyło się naprawdę.
W każdym razie ludzie, którzy się go najpierw bali, teraz chętnie z nim handlowali. Ostatnio nawet, zanim przyszło silne zimno dali mu worek pszenicy i coś, co nazwali żarnem. Pokazali, co można zrobić z owym "kamieniem". Gnagowi podobała się owa czynność, a zmielone ziarno miało kilka całkiem ciekawych zastosowań.
W zasadzie ten skarb - żarno, otrzymał za przysługę. Wielki, głodny grizli urządził sobie leże niedaleko wioski. Ludzie próbowali go ubić, ale srogo poszarpał chłopów. W końcu, kiedy jego ofiarą padło dziecko (Gnag nie rozumiał, jak można być tak małym), ludzie z osady poprosili go o pomoc.
Zabrał swój ulubiony cep i poszedł poszukać niedźwiedzia. Bydle było naprawdę wielkie, ale walka nie trwała długo. Za swój trud dostał owo żarno i kilka beczek piwa! Została mu już tylko jedna...
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Sigvard Bladoręki zaklął siarczyście, gdy ostrze włóczni ześlizgnęło się po jego hełmie, krzesząc jasnopomarańczowe iskry. Dał się nabrać na taką starą sztuczkę! Ten pojedynek musiał szybko dobiec końca! Przeciwnik był młodszy i dotąd trzymał się z daleka od potyczki. Sigvard, tymczasem powalił już dwóch przeciwników i jego ramiona zaczynały odczuwać trudy walki. Zamarkował ruch na prawo, podczas gdy jego tarcza z lewej wystrzeliła znienacka w kierunku twarzy przeciwnika. Głośnemu plaśnięciu towarzyszyło hrupanie, gdy umbo na tarczy zetknęło się z twarzą wojownika. Zraniony zawył głośno. Jego krzyk przerodził się szybko w krwawe bulgotanie, gdy miecz Sigvarda wgryzł się w jego szyję.
Bladoręki energicznie rozejrzał się dokoła, poszukując kolejnych wrogów. Wśród kilkunastu trupów na nogach byli tylko Acke i Orvar.
- Eskil nie żyje - stwierdził ten drugi
- Krwe i demony - zaklął Acke - Jak to nie żyje?! Przecież miałeś na niego uważać!
- Uważałem - odbruknł zagadnięty wzruszając ramionami - dopóki ten łucznik nie zaczął do mnie szyć - Orvar trącił butem ciało leżące u jego stóp.
Rudowałosy Acke przewrócił oczyma - Zostało nas trzech. Trzech! I co teraz!? - zwrócił się w kierunku niespiesznie nadchodzącego Sigvarda.
- Orvar sprawdź co mieli w skrzyni - zignorował go Bladoręki.
Po dłuższej chwili oczekiwania Orvar podniósł się znad okutej skrzyni. Była to jedyna rzecz w całym "konwoju" która była zabezpieczona.
- Jest tutaj... - zaczął - Dwa razy po pięć miedziaków i jeszcze trzy - zakończył, wstając i podpierając się swoją włócznią.
- Tylko tyle?! - wybałuszył oczy Acke - Straciliśmy Eskila za 13 miedziaków?!
- A może by pogonić za tymi babami co w las poszły , jakeśmy się na tych tu rzucili? - zapytał Orvar szczerząc się głupio i drapiąc po głowie - może co przy sobie miały?
- Swoje tyłki co po najwyżej! Chędożyć ci się chce psubracie i nic więcej! - wrzeszczał Acke.
- Spokój! - warknął w końcu Sigvard. To nadspodziewanie szybko zakończyło sprzeczkę. Schował miecz i zwrócił się w kierunku swoich kompanów.
- Nie po to porzuciliśmy ludniejsze i bogatsze trakty - kontynuował Bladoręki - żeby tu za kilka miedziaków bytować, czy za damską rzycią się uganiać.
- No właśnie - wtrącił się Acke - po co tu jesteśmy? Na zachód mogliśmy zarobić na wykup naszych kompanów z niewoli. Moglibyśmy wtedy nająć jakiego czarodzieja i jak planowaliśmy fortuny się dorobić w Zamarzniętym Mieście. Teraz ino sami jako "parobki" możem się nająć do kompani jakieś...
- Nikomu służyć nie będziemy! - warknął Sigvard - Jesteśmy tu... - kontynuował po chwili - bo skarb okrutny nieopodal ukryty.
- Skarb? - pozostali dwaj wojownicy aż się wyprostowali.
- Jako mówię, skarb. Jeszcze dzisiaj będzie nasz. Jeden z klanu Borgs mi się na torturach wygadał. Baczcie jednak, że skarb strzeżony, przez...zwią go Ogrem - Acke i Orvar popatrzyli po sobie - a Sigvard kontynuował - bestia podobno ludzi pożera, ale płochliwa i we trzech łatwo ubijem potwora.
- Daleko to? - zapytał z zainteresowaniem Orvar
- Będzie z pół dnia drogi. Na wieczór będziemy bogaci - zakończył Sigvard klepiąc Orvara po ramieniu.
- W drogę! - z zapałem dodał Acke szybko zapomniwszy o niewiastach co samopas po lesie ganiają...
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Zbliżał się wieczór. Nie było jeszcze tego widać, ale dla Gnaga każda pora dnia inaczej pachniała. Mieszkał w zrujnowanej wieży, czy może raczej w jej podziemiach. Wejście było ciasne jak na jego gust, ale w środku było mnóstwo miejsca. Pamiętał, że na początku było tam sporo jakiegoś żelastwa. Część wywalił, cześć przehandlował z kowalem z wioski, a kilka ładnych błyszczących wisiorków dał kobietom z osady. Od tamtej pory zawsze się do niego uśmiechały i machały mu już z daleka. Nie do końca to rozumiał.
Właśnie miał znieść do lochu krowę, którą dzisiaj dostał za futra tygrysie, gdy jakiś delikatny hałas zwrócił jego uwagę. Gnag znał wszystkie odgłosy dookoła swojej wieży, a ten nie był jednym z nich.
Rozglądnął się i zobaczył trójkę ludzi zmierzających w jego stronę. Szli ostrożnie, nieco pochyleni coś do siebie szeptając. Na początku Gnag się ucieszył, toż to pierwszy raz ludzie z wioski go odwiedzili!
Po chwili zdał sobie sprawę, że nigdy nie widział w osadzie tak wyglądających ludzi. Jak przez mgłę pamiętał podobnych...wojowników(?). Budziło to jego głowie niejasne uczucia...
Z drugiej strony nie mógł się jednak pohamować, bo wizyta budziła u niego szczerą radość.
Ludzie podeszli bliżej i ustawili się w lekkim półkolu.
Gnag wyszczerzył swoje krzywe zębiska w powitalnym uśmiechu.
- Oddaj skarb bestio - warknął ten w żelaznej czapce.
- Albo zakłujemy cię jak wieprza - dodał drugi unosząc swoją włócznię.
Gnag nie rozumiał - Skarb? - pomyślał i tęsknie spojrzał w kierunku swojego żarna - przyszli mu go odebrać?
Chciał coś powiedzieć, ale nie bardzo wiedział co...
- Koniec tego - wrzasnął ten z czerwonymi włosami, i skoczył na Gnaga zamierzając się swoją wielką siekierą...

Ciąg dalszy nastąpi....(?)

20170522_parada-008.jpg20170522_parada-009.jpg20170522_parada-011.jpg20170522_parada-012.jpg



3. Staszek “Liefather” Muszyński


Geneza Relictorów sięga Ery Mitów – czasów gdy bogowie panteonu Sigmara stąpali po 9 krainach i przeciwstawiali się wspólnie atakom Chaosu. Podczas jednego ze starć z demonami Tzeentcha Sigmar został wciągnięty do Królestwa Chaosu. Szukając wyjścia się z tego przeklętego miejsca, przebił się do fortecy pana domeny w której się znalazł. Demon nie był w stanie oprzeć się potędze Ghal Mahraza i pokonany ukazał Sigmarowi portal pozwalający mu na ucieczkę. Gdy Sigmar już miał przekroczyć portal jego wzrok przykuła mała butelka stojąca na regale. Emanowała czymś pozbawionym skazy chaosu, czymś budzącym tęsknotę za światem zniszczonym już dawno przez bogów chaosu. Sigmar pochwycił ją i przedostał się przez portal.
***
            Wewnątrz butelki znajdował się zamrożony w czasie  wrak statku powietrznego stworzonego przez krasnoludy martwego już od dawna świata. Sigmar zabrał butelkę od tego czasu przechowywał ją w swoim skarbcu w Azyrze.
***
            Po wielkiej przegranej z Chaosem i odcięciu niebiańskiego królestwa Sigmar przemierzając w gniewie korytarze swojego pałacu trafił do skarbca. Artefakt dawnego świata wzbudził w nim bolesne wspomnienia i w furii cisnął butelkę przez okno. W miejscu gdzie stłukła się butelka pojawił się wrak statku powietrznego. Z wnętrza wraku niepewnie zaczęli wychodzić oszołomieni rozbitkowie – ludzie i krasnoludy starego świata. Sigmar wybiegł i przyjął ich jak bohaterów.
***
            Tworząc zastępy Stormcastów Sigmar stworzył jeden niewielki zastęp stworzony z rozbitków z tego właśnie statku – Relictorów. Ich przeznaczeniem w przeciwieństwie do pozostałych Stormcastów jest poszukiwanie i pozyskiwanie reliktów starego świata będących w posiadaniu Chaosu. Zastęp ten mimo iż liczy tylko, kilkudziesięciu członków posiada największą liczbę Knight Questorów, którzy przemierzają 9 królestw zbierając okruchy dawnego świata.

Knight Questor

Corrigan The Seeker – w czasach Starego Świata był sierżantem oddziału mieczników z Nuln, który został rozbity podczas obalenia przez siły Chaosu Auric Bastionu. Od tego czasu wraz z nielicznymi ludźmi, którzy przetrwali tą bitwę ukrywał się w lasach prowadząc partyzancką walkę o przetrwanie, do czasu gdy trafił na oddziały prowadzone na południe przez Felixa Jaegera, wraz z chroniącym go krasnoludzkim zabójcą Gotrekiem Gurnissonem.
            To spotkanie sprawiło, że znalazł się na pokładzie nowego statku Malakaia Makaissona, którego wrak wraz z załogą przetrwał zamrożony w czasie w butelce pod wpływem potężnego czaru maga chaosu.
            Corrigan jest jak wszyscy Relictorzy przepełniony tęsknotą za starym światem i chęcią zimnej zemsty na chaosie za jego utratę. Jako jeden z Knight Questorów większość czasu spędza poza latającym miastem Karak Nuln, będącym siedzibą zastępu Relictorów, wraz ze społecznością ludzi i krasnoludów wywodzących się ze starego świata.
            Od czasu gdy został Knight Questorem odnalazł już kilka reliktów pochodzących ze starego świata. Obecnie jest na tropie najcenniejszego i najbardziej pożądanego przez Reliktorów artefaktu – będącego w posiadaniu magusa Tzeentcha – Vandala Fausta. Poszukiwania tego właśnie maga doprowadziły do jego spotkania z obecnymi towarzyszami.
            Sam Corrigan jest małomówny, wycofany i zdystansowany do istot śmiertelnych królestw, niezależnie od ich rasy, czy przynależności. Czas w obozie spędza siedząc na uboczu i robiąc zapiski, które przenosi do swojego dziennika przechowywanego w podniebnym mieście. Jednak w chwilach dobrego nastroju, zwłaszcza po wypiciu kilku pint piwa, wśród zaufanych towarzyszy potrafi ciągnąć długie i nostalgiczne opowieści o świecie zniszczonym przez chaos i jego bohaterach.

Cogsmithu:

Reymondi Palmersson – duradiński inżynier – archeolog. W czasie gdy inni zgłębiali w akademiach Arsenału Ironweld najnowsze rozwiązania technologiczne, jego uwagę przykuwały dawne księgi zawierające opisy zapomnianych technologii. Gdy tylko ukończył akademię, zaczął szukać jak najbardziej dochodowych zastosowań swoich umiejętności i zbierać fundusze na pozyskiwanie rzadkich ksiąg i prowadzenie wykopów archeologicznych. Przez lata udało mu się pozyskać liczne artefakty – jednak większość z nich miała wartość - przede wszystkim zabytkową.
            Jednak jego poszukiwania nie były bezowocne – wydobywając pradawne tablice runiczne trafiał na coraz więcej odniesień do tajemniczej, duradińskiej maszyny zagłady. Wraz z kolejnymi skrawkami informacji jej odnalezienie stawało się dla niego obsesją.
            Po latach zbierania informacji odkrył, że prototyp tajemnej maszyny znajduje się w zaginionym Zorn Grung Azul – które było niewielkim miastem górniczym, zniszczonym jeszcze w Erze Mitów przez plagę podstępnych Skavenów. Lokacja tego miasta zaginęła w mrokach czasów chaosu.
            Poszukiwania pochłonęły niemal wszystkie zgromadzone przez niego pieniądze i teraz wędruje samotnie przeszukując dawne ruiny, desperacko poszukując kolejnych wskazówek.

Conieco o drzwiach - bo zasługują na własną historię:

Drzwi do komnaty arcymagusa Tzeentcha Vandala Fausta mają zaklętą w sobie duszę jego sługi i strażnika. Zaniechał on swojej warty, co rozwścieczyło paranoicznego magusa. Vandal zamiast jednak po prostu zabić sługę, wyrwał jego duszę z ciała i scalił jej esencję z drzwiami prowadzącymi do jego komnaty – co miało służyć zarówno jako dodatkowe zabezpieczenie, ale też jako przestroga dla niekompetentnych sługusów. Drzwi posiadają teraz szczątkową świadomość i są bezwzględnie posłuszne narzuconym im przez magusa wytycznym, który w swojej arogancji i przewrotności nakazał im wpuszczać wszystkich intruzów, ale natychmiast po ich wejściu zamykać się, aby uniemożliwić im ucieczkę.



Magiczny krąg Vandala Fausta wiecznie splamiony krwią niewinnych ofiar - których energia życiowa przekształcana jest w magiczną moc potrzebną do rzucania potężnych czarów pozwalających manipulować arcymagusowi w swój los. Jego zaklęcia pozwoliły mu przetrwać starcia z licznymi herosami - jednak protekcja Tzeentcha nie będzie trwała wiecznie, bowiem jest on kapryśnym panem. Vandal świadomy tego poszukuje obsesyjnie wyzwania, które pozwoli mu wynieść się poza ranki śmiertelników.


Vandal Faust wśród wyznawców Tzeentcha cieszy się sławą kolekcjonera, zbierającego egzotyczne artefakty. W jego posiadaniu znajduję się zarówno bezcenne przedmioty, jak i pozornie bezwartościowe, których wartość zna wyłącznie on. Przedmioty te łączy jedna rzecz – wszystkie są w ten czy inny sposób naznaczone przeznaczeniem – miały same bezpośrednio, lub pośrednio wpływ na losy wszechrzeczy – obecnych światów, dawnych światów, a nawet samej domeny chaosu. Vandal ma się za pana przeznaczenia chcącego uzyskać nad nim jak największą kontrolę, co pozwoliłoby mu na wieczną egzystencję przepełnioną sukcesami i triumfami.
Jego obecnym celem jest przeistoczenie się w księcia demonów, co może osiągnąć wyłącznie przez wprowadzenie w życie intryg i planów tak skomplikowanych i kreujących losy świata, że doceni je sam Tzeentch.
Jako swoją siedzibę wybrał on podziemia ruin miasta w Chamonie – królestwie metalu – skąd dyryguje on sznurkami władzy z pomocą swoich licznych agentów i szpiegów. Jego wpływy sięgają wszystkich śmiertelnych królestw. Nawet w mieście Hammerhal jego agenci wprowadzają w życie spiski przysparzające mu chwały, bogactw i przede wszystkim wpływów. Jako jednemu z nielicznych wyznawców chaosu udało mu się wprowadzić swoich szpiegów nawet do podniebnych miast Kharadronów.
Jego intrygi mają na celu wszczęcie wojny domowej między siłami porządku – wojny która pozwoli chaosowi na ponowną dominację śmiertelnych królestw – tym razem pod przewodnictwem Tzeentcha.
***
Podczas gdy Vandal jest przekonany o swoim nadchodzącym triumfie nie jest świadom zagrożenia zbierającego się nad jego losem. Źródłem tego zagrożenia są dwa spośród zebranych przez niego artefaktów. Jednego posiadającego olbrzymią wartość, oraz jednego posiadającego pozornie nieznaczną.
Jednym z artefaktów jest egzemplarz książki. Niewielkiego tomu, o podniszczonej okładce, zawierającego dzienniki dwojga wojowników i poszukiwaczy przygód. O wartość księgi stanowi jej pochodzenie. Jest to trzeci tom „Moich Podróży z Gotrekiem” pióra Felixa Jeagera. Tom pochodzący ze świata, który przestał istnieć dzięki zwycięstwu chaosu. Tom ten przetrwał dzięki Skavenom. Opisywał on walkę bohaterów z szarym prorokiem Thanqualem w mieście Nuln. Szary prorok po swojej porażce długie lata szykował zemstę na Gotreka i Felixa. Gdy trafił na egzemplarz książki napisanej przez Felixa pozyskał ją w celu zbadanie i poznania sposobu myślenia swoich nemezis. Księga ta została mu skradziona i trafiła z rąk do rąk i w końcu trafiła do bibliotek Skaveńskich jako przykład postrzegania ich przez ludzi. Wraz z innymi zgromadzonymi przez Skaveny skarbami została ona uratowana z niszczonego świata. Po wiekach została ona odkupiona przez Vandala w zamian za ujawnienie lokacji obfitego źródła spaczeni.
Drugim z artefaktów jest koło zębate z duradińskiej placówki badawczej, które w kolekcji Vandala znalazło się ze względu na swoją historię. Podczas inwazji wojowników Khorna na placówkę – duradiński dowódca straży Bjorn Jordsson – wyzwał na pojedynek czempiona dowodzącego tamtejszymi siłami Grodda Krwawoustego. Bjorn mimo olbrzymiej determinacji nie był w stanie dorównać potężnemu wojownikowi Khorna. Grodd powalił go na ziemię i odciął mu rękę, po czym odwrócił się do powalonego wroga plecami w geście pogardliwego lekceważenia. Bjorn mimo bólu i poniżenia przepełniony był gniewem, który pozwolił mu na ostatni w życiu czyn – pochwycił koło zębate leżące na ziemi i cisnął nim w przeciwnika – trafiając go prosto w kark i łamiąc mu kręgosłup. Po chwili został zakatowany przez rozwścieczonych sługusów martwego Grodda. Śmierć czempiona doprowadziła do wewnętrznych walk wśród łupieżców Khorna o władzę – co w efekcie znacznie osłabiło wpływy wyznawców tego boga w tym rejonie- co pozwoliło na uzyskanie w nim pełnej dominacji wyznawców Tzeentcha.
Vandal będący wtedy jednym z młodych magów w siłach Tzeentcha odnalazł to koło zębate i zachował jako przedmiot o pozornie małym znaczeniu, a potrafiący skończyć żywot czempiona uznawanego za przeznaczonego do wielkości.
Na kole zębatym wyryte były runy, które Vandal przetłumaczył jako runy mające wspomagać działanie i niezawodność mechanizmu. Vandal nie wiedział jednak, że w sekretnym języku runicznym inżynierów – znanym jedynie nielicznym duradinom – runy te zawierały także wskazówki jak dotrzeć do zaginionego miasta Zorn Grung Azul.
Mimo braku świadomości Vandala Fausta to właśnie posiadanie tych dwóch artefaktów sprawiło, że stał się celem misji dwójki bohaterów, którzy zbiorą drużynę mającą stawić mu czoło. Starcie z tymi herosami stanowi węzę na pajęczynie losu. Węzeł który może doprowadzić do wywyższenia Vandala do rangi księcia demonów w wypadku jego sukcesu, lub śmierci w wypadku porażki.
Mistrz Zauriel jest aelfickim magiem wojownikiem pochodzącym z wielkiego miasta Hammerhal. Pierwotnie należał do bractwa mistrzów loru, zajmującego się ochroną bezpieczeństwa części miasta znajdującej się w królestwie życia. Zauriela od samych początków swojej kariery charakteryzowało niezłomne dążenie do celu – bez poszanowania dla polityki i respektu dla wyższych rodów, oraz zamożnych handlarzy Hammerhal. Mimo licznych sukcesów jego śledztw w końcu nadepnął na zbyt wiele odcisków możnych miasta Sigmara w wyniku czego mistrz bractwa odsunął go od aktywnej służby śledczego. Zauriel nie zważając na ostrzeżenia przełożonych, naginając zasady nie poprzestał bezpośrednich działań przeciwko potencjalnym kultom chaosu inwigilującym miasto, co zaowocowało zniszczeniem komórki kultystów Tzeentcha. Jednak dzień jego sukcesu, okazał się też dniem końca jego kariery.
Pozbawiony honoru i przywilejów swojej klasy Zauriel przeniósł się od dzielnicy portowej – znacznie mniej zamożnej niż ta do której nawykł. Wytworne komnaty swojego dawnego domu zamienił na rozpadającą się izbę. Większość czasu spędzał w karczmach początkowo zapijając zgorzknienie znakomitymi aelfickimi trunkami, które wraz z uszczuplaniem się jego funduszy zastępował coraz marniejszymi trunkami, które kiedyś uznałby za niegodne. Z czasem brak źródła pieniędzy zmusił go do podjęcia się pracy jako prywatny detektyw, jako który podejmował się drobnych zleceń. Jednak jego charakter ponownie przysporzył mu licznych wrogów – zarówno wśród półświatka przestępczego, jak i stróżów prawa.
Ostatnie zlecenie Zauriela – otrzymane od córki barona powietrznych przemytników doprowadziło go na trop spisku, którego zasięg rozchodzi się na wiele śmiertelnych królestw. Jego zadaniem miała być jej ochrona i eliminacja spiskowców, którzy grozili jej życiu, jeżeli jej ojciec nie spełni narzuconych przez nich warunków współpracy. W miarę jak odkrywał, kolejne wskazówki, zwracał na siebie uwagę coraz większej ilości agentów chaosu. Mimo największych starań nie udało mu się uratować życia dziewczyny, nad której ciałem poprzysiągł, że zabije tego kto pociągał za sznurki całego spisku. Od tego czasu podąża za kolejnymi komórkami agentów chaosu, aż dotarł do ruin miasta w królestwie Chamonu.

20170522_parada-001.jpg20170522_parada-003.jpg20170522_parada-004.jpg20170522_parada-005.jpg



4.Mikołaj “Wołek Zbożowy” Włodek

Oddział Palladorów "Gambit Vitriego":

Prowadzony przez Vitruviusa oddział Palladorów, swą nazwę zawdzięcza swojemu dowódcy i jego odważnym posunięciom w bitwie o cypel Pallidium. W trakcie pierwszej potyczki sił zwiadowczych, Vitri zastosował ryzykowną taktykę polegającą na szybkich skokach w eteryczne wiatry i nagłych atakach z dryfujących w przestrzeni fragmentów skalnego brzegu Pallidium. Zagranie to spowodowało spowolnienie awangardy armii Aviirossa, co z kolei dało czas na sprowadzenie posiłków z Agathium i zatrzymanie całej ofensywy Tzeentcha jeszcze u brzegów Pallidium.
Na aktualną misję Vitri wziął jedynie swego najbliższego przyjaciela Matobe i świeżego rekruta Vandusa, reszta oddziału pałni swoje stałe obowiązki patrolując połudiowe brzegi Pallidium.

"Old Man" Matobe


Staruszek Matobe jest najstarszy w oddziale, jeśli w ogóle w przypadku nieśmiertelnych Stormcast'ów można mówić o starości. W jego wypadku polega ona na tym, że jako jeden z nielicznych nigdy nie został poddany "przekuciu" w nowe ciało, któremu poddawani są polegli w walce. Od z góra 300 lat Matobe bez przerwy stacjonuje i walczy w Królestwie Metalu. Gdyby tylko zginął, to po "przekuciu" niechybnie dostąpiłby zaszczytu mianowania na Naczelnego oddziału. Jednak nie spieszy mu się do tego, bo jak każdy Stormcast pielęgnuje on pamięć o swoim śmiertlenym życiu. Pamięć o dobrych dniach sprzed chwili w której błękitny ogień strawił jego żonę i córkę, pozostawiając w ich miejscu coś kompletnie innego.

Naczelny oddziału Pallador'ów Vitruvius (Vitri):

Naczelny oddziału, w przeciwieństwie do Matobe wielokronie już przekuwany na Kowadle Apoteozy.
Vitri jest typowym przedstawicielem Niebiańskich Vindykatorów, porywczy, waleczny, pierwszy na linii walk, ale potrafiący wysłuchać dobrych rad swych podwładnych, dodatkowo wyśmienity szermierz. Wraz z Matobe wspólnie planują posunięcia oddziału. Wiecznie podkrążone oczy typowe dla niego, to efekt uboczny ostatniego przekucia, od którego to Vitruvius cierpi na bezsenność. Tylko po dobrej walce i skróceniu o głowę kilku wyznawców Tzeentcha, potrafi porządnie się wyspać. Dlatego też podczas aktualnej pogoni tak zapalczywie rwie się do walki. Po ponad tygodniowym, bezsennym, śledzeniu swej zdobyczy, w końcu nadchodzi upragniony sen!

Vandus Rookiehand:

Vandus jest świeżutkim rekrutem w oddziałach zwiadowców. Ze względu na imię takie samo jak sławetny Vandus Hammerhand, już pierwszego dnia dorobił się przydomku "Rookiehand". Do zwiadowców trafił bezpośrednio po zakończeniu swego śmiertelnego życia w czasie którego był konnym posłańcem na wielkich równinach Chamonu. Wtedy jego chlebem codziennym było unikanie licznych band wojowników Chaosu (zdolność bardzo ceniona wśród zwiadowców). Już pierwszego roku służby udało mu się okiełznać swojego rumaka "Ariela" i tak trafił do oddziału Vitruviusa. Jako że jest to jego pierwsza misja w nowej roli, Vandus rwie się do walki by udowodnić swą wartość przed Lordem Monsunem.



20170522_parada-013.jpg20170522_parada-016.jpg20170522_parada-017.jpg20170522_parada-018.jpg







5.Jakob Scholz

Karczma „The Horny Hog” w której elementalista Jason Blackbourne rekrutuje swoją bandę zabijaków z którymi chce wyruszyć na poszukiwanie skarbów i zapomnianych sekretach w ruinach miasta Felstad.
Sama karczma mieści się na przedmieściach Felstad więc jest w stylu architektonicznym samego miasta i niestety częściowo się zawaliła.
Zagłębiony w księgi mag rzucił wzrokiem na swojego przysypiającego ucznia. „Nie śpij huncwocie, mamy jeszcze dużo do zrobienia zanim ruszymy do Felstadu.” Przyłapany na drzemce Will szybko podskoczył. „Nie śpię mistrzu, zamyśliłem się tylko nad tym zaklęciem”. Próbował szybko wskazać pierwszą lepszą stronę księgi która akurat była o zapładnianiu świń za pomocą czarów. „Hmmmm, dziwne masz zainteresowanie chłopcze, ale niech Ci będzie. Skoro tak, mam dla Ciebie zadanie związane z Twoimi zainteresowaniami. W północnej części przedmieść Felstadu mieści się stara karczma ‚The Horny Hog’. Udaj się tam i czekaj aż do Ciebie dołączę. Kiedy będziesz na miejscu zacznij werbować dla nas drużynę.” „Tak jest mistrzu!” rzucił szybko Will i zaczął się pakować. „Mistrzuuu, czy masz może trochę złota na podróż?…”

Po dwóch tygodniach podróży górskimi szlakami Will, uczeń czarnoksiężnika Blackbourne'a ujrzał w końcu potężne ruiny zniszczonego legendarnego miasta. „Hmmm, the Horny Hog, dziwna nazwa.” myślał mijając pierwsze zapadnięte w siebie budynki. Pomimo dość zwięzłego opisu miejsca w którym ma się znajdywać owa oberża, udało mu się ją dość szybko odnaleźć. W momencie kiedy miał już do niej wejść, ujrzał kilku wędrowców zmierzających w to samo miejsce co on. Na ich czele szedł potężny rycerz. Will postanowił na nich poczekać przed karczmą i ich poznać. „Witajcie mości rycerzu, nazywam się Will i jestem uczniem wielkiego czarnoksiężnika Jasona Blackbourne’a. Czy mogę Wam i Waszym towarzyszom zaproponować trunek?” „Witaj młodzieńcze, jam jest rycerz Roch Stolzenfels, herbu trzy kawki. A oto mój stary druch, Kuno Wittram, bez herbu bo z pospólstwa, ale robi żelazem jak mało który lepiej urodzony. A w tunelach trudno o lepszego kompana.” Wojownik tunelowy kiwnął Willowi tylko głową a tego aż zmroziło. Twardy człowiek był z tego Kuno, i bezwzględny. "Ten z wąsem i w czerwonym kubraczku to towarzyszący nam Bard, Walther Sweetsong. Towarzyszy mi i Kuno na tej wyprawie żeby opisać nasze czyny w balladzie.” ciągnął dalej rycerz z promienistym uśmiechem. "No i jest jeszcze mój sługa, Tom, niesie nasz sprzęt i przyda się przy wynoszeniu skarbów. Jest silny i wytrzymały jak muł. Dosłownie.” „Jestem zaszczycony Was poznać Panowie.” rzekł Will „Chodźmy więc do środka.”
„Tydzień już czekamy na mistrza Blackbourne’a. Kiedy w końcu przybędzie?” rzekł Will zrozpaczonym tonem do rycerza Rocha Stolzenfels, herbu trzy kawki. „Co gorsza, mistrz wysłał mnie wcześniej żebym zwerbował dla niego drużynę przy najmniej dziewięciu wojowników którzy wraz z nami ruszą w Felstad. Przez tydzień udało mi się spotkać tylko Was i Waszą drużynę.” „Licz się ze słowami młodzieńcze” rzekł chłodno Kuno Wittram, siedzący niedaleko wojownik. „Niejeden chciał by mieć za towarzyszy takich jak my!” „Spokojnie Kuno, nasz młody towarzysz nie chciał nas obrazić.” przerwał rycerz. „Jest tylko zmartwiony że jest nas tak mało tam, gdzie spodziewał się wielu naszego pokroju. Sweetsong, zanuć może coś, a nuż muzyka przyciągnie kogoś. Mi także przydało by się trochę dodatkowego towarzystwa…”

Już po kilku nutach nastąpiło głośne uderzenie w drzwi karczmy i do środka wpadł potężny człowiek z równie potężnym mieczem. „AAAARGHHH!!!! Co to za straszny hałas!!! Uszy mi krwawią!!!” Wszyscy podskoczyli ze swoich ławek sięgając po broń, bard po kufel. Pierwszy odezwał się bard. „C, c, co?? To moja musyka! Jak ś ś śmiesz!?!” „Spokojnie, szanowny bardzie. I Ty Hrothgarze też się uspokój.” rzekł przekradający się za olbrzymem niski i według Willa troszkę szczurowaty i na pewno bardzo podejrzany człowieczek. „Hrothgar nie przepada za muzyką.” Nawet jego głos był tak jakby szczurowaty, pomyślał Will. „Hrothgar jest barbarzyńcą, wielkim wojownikiem, ale niekoniecznie koneserem sztuki.” ciągnął dalej człowieczek "Towarzyszę mu od dłuższego czasu. Nazywam się John” „John?” Zapytał wbrew sobie spokojnie Will. Reszta towarzyszy milczała pozostając czujnymi „A czym Ty się parasz? I masz może nazwisko Johnie?” „Nazwisko? Sneakwell, John Sneakwell, jestem złodziejem, całkiem niezłym jak mi się wydaje.”20170522_parada-022.jpg20170522_parada-023.jpg20170522_parada-024.jpg20170522_parada-028.jpg












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz